poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Kwiecień plecień...





Poranny rzut oka za okno przywołał zimowe wspomnienia. Wszystko skrzyło się w promieniach wschodzącego słońca. "Siwy mróz" mówią w moich okolicach. Faktycznie. Jak okiem sięgnąć łąki nie były zielone jak o tej porze roku tylko jakby posiwiałe. Szyby samochodów zamarznięte. Na kałużach - lód...

Złapałem sprzęt i wyskoczyłem z domu. Zmarznięta trawa chrzęściła mi pod nogami. Gdzie by tu skierować swoje kroki? Wiem! Na pobliskich podmokłych łąkach, tuż za moim płotem kwitną kaczeńce. Jeszce tylko kalosze, bo pewnie trzeba będzie wejść do wody.

Faktycznie... nawet więcej niż wejść. Po chwili miałem mokre kolana, łokcie i wodę w kaloszach. Lany poniedziałek załatwiłem sobie sam...






Musiałem się spieszyć, bo tam gdzie sięgnęło słońce, lód szybko topniał. Po ósmej było już po przymrozkowym przedstawieniu.

Dostało się też rzeżusze. Całe jej łany, rosnące w suchszych miejscach, pokryte były lodowymi igiełkami. Ciężar tych igiełek musiał być niemały, bo wszystkie roślinki, zazwyczaj dumnie wyprostowane, były aż przygięte do ziemi. 




niedziela, 16 kwietnia 2017

Bardzo Palmowa Niedziela




W Palmową Niedzielę postanowiliśmy wybrać się na... Kurpie. Do Łysych - wsi położonej na północnym skraju mazowieckiego województwa. Dlaczego akurat tam? Miejscowość od lat słynie z konkursów na najpiękniejsza palmę wielkanocną. A palmy są tu wyjątkowe, potrafią mieć kilka metrów wysokości i ważyć po dobrych kilka kilogramów. Żeby przejść z nimi przez drzwi kościoła, trzeba je pochylić i nieść w kilka osób.

Podobne można spotkać w Polsce zaledwie w kilku miejscach. Między innymi w Lipnicy Murowanej niedaleko Krakowa.

To nie była nasza pierwsza wizyta w Łysych. Byliśmy tu kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Ostatni raz odwiedziliśmy Łyse osiem lat temu.
Byłem ciekaw co się przez te lata zmieniło.

Wyjechaliśmy o świtaniu. W końcu przed nami prawie cztery godziny drogi. Dzień zaczął się pięknie. Delikatne słońce przeświecało przez poranne mgły. Niestety, już za granicami Warszawy zachmurzyło się i zaczął siąpić drobny deszczyk.
I tak już było po końca. Łyse przywitało nas szarówką i siąpiącym co pewien czas deszczykiem.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to wielkie tłumy ludzi. Chodzących we wszystkie możliwe strony. Z palmami, balonami, plastikowymi karabinami, cukrową watą, piwem w plastikowych kubkach i tysiącami innych rzeczy...

Po drugie było znacznie więcej straganów. Między straganami przewijało się mnóstwo ludzi. Trudno było przejść czy cokolwiek spokojnie obejrzeć. Tylko... niestety były to inne stragany niż kiedyś. Zamiast ludowych twórców było... jedzenie. Tony jedzenia! Swojskie kiełbasy, swojskie pieczywo, swojski bimberek, swojskie nalewki, swojskie wypieki, swojski bigos, kaszaneczka, kiszone ogórki, specjalne myjki do okien, nożyki do warzyw... uff!
Ja wiem. Straganowy rynek odpowiada na potrzeby gości. Ale wiele się nachodziliśmy, by znaleźć kilka straganów ludowych twórców. Kiedyś można było kupić pisanki rozmaite, koszyczki, ręcznie robione serwetki, rzeźby małe i duże, ręcznej roboty drewniane łyżki, krajki, serwetki, wyszywane obrusy. Dziś jakoś smutno nam się zrobiło, bo było tego rodzimego folkloru bardzo niewiele. Cóż, świat się zmienia. Czy tego chcemy czy nie...

Na plus należy dodać, że pojawiła się scena na której prezentowały się okoliczne ludowe zespoły.
Oraz to, że nie zauważyłem wplecionych w palmy chronionych widłaków, jak bywało wcześniej wielokrotnie. Ale palm było mniej i były mniejsze niż kiedyś. Z ciekawości po powrocie do domu obejrzałem archiwalne zdjęcia.



Tradycja wicia wielkich palm jest w okolicy bardzo stara. Jeszce w okresie międzywojennym można było je oglądać w wielu okolicznych gminach: Kadzidle, Myszyńcu, Zalasie, Baranowie czy Lipnikach.

Po II wojnie światowej zwyczaj powoli zaczął zanikać. W końcu przetrwał tylko w parafii w Łysych i Lipnikach. Wtedy w latach sześćdziesiątych postanowiono organizować konkursy na najładniejszą palmę. Z roku na rok cieszyły się one coraz to większym zainteresowaniem. Dziś zjeżdżają tu goście niemal z całej Polski. 


Zdjęcia robili wszyscy. Nie zwracając uwagi na innych. Z taką sytuacją spotkałem się wielokrotnie. Podnoszę aparat do oka, kadruję a tu nagle widzę w obiektywie telefon. Jedynie kilku zawodowych fotografów zachowywało się inaczej. Starali się jak najmniej sobie przeszkadzać. Przesuwali się bądź kucali, by umożliwić zrobienie zdjęcia koledze. I nikt nie wchodził niespodzianie komuś przed obiektyw. 

Wielkanocne palmy i zupełnie niewielkanocna Myszka Miki. Ja wiem, że tuż obok kościoła jest masa straganów z dobrem wszelakim - biznes to biznes. Ale taki widok zawsze wywołuje we mnie pewien dysonans. 


W oczekiwaniu na procesję 
Doczekałem się... Zostałem poświęcony - ja i mój aparat.

Ludzi było tyle, że procesja wręcz musiała torować sobie drogę.



Po procesji - część rozrywkowa. Służby porządkowe próbowały grajka przegnać ale wobec jego humoru oraz celnych i nieco kąśliwych komentarzy, były trochę bezradna i po paru próbach, dały spokój. 









A oto relacja Krzysia i Misia Detektywa:

Miś Detektyw      Kliknij tu








niedziela, 12 marca 2017

Wisła sprzed lat...






Przeszukując czeluście stojących na biurku twardych dysków, znalazłem zapomniane zdjęcia znad Wisły. Zrobiłem je dokładnie 7 lat temu, na początku marca 2010 roku. Poziom wody był wtedy podwyższony, podobnie jak w tym roku jeszcze tydzień temu. Tylko zamiast wiosny mieliśmy zimę w pełni. Chodź sądząc z tego, że brak jest na zdjęciach nawet odrobiny kry, siarczystego mrozu raczej nie było.

Oto Dolina Środkowej Wisły siedem lat temu w czasie marcowej śnieżycy. Bo przecież w marcu powinno być jak w garncu.














niedziela, 26 lutego 2017

Przebiły się




Po kilku ciepłych, niemal wiosennych dniach, nagle spadło kilka centymetrów śniegu. To mnie skłoniło do sprawdzenia co się dzieje w pobliskim lesie. Tym bardziej, że zza chmur zaczęło błyskać słońce. Odkąd pamiętam rosły tam wiosną dzikie przebiśniegi. Koniec lutego to trochę wczesna pora. Ale może? Poszliśmy zatem całą rodziną szukać, może jeszcze nie wiosny, ale przedwiośnia.
Zaczęło się ciekawie. Na starej gruszy pod domem po raz pierwszy w tym roku siedziało kilka szpaków. I nawet jakby próbowały trochę śpiewać. Jeden nawet mnie bezczelnie nabrał. Przez chwilę zaintonował piosenkę kosa. Dopiero po kilku sekundach, mając już brwi wysoko podniesione, zorientowałem się, iż jestem robiony w konia. Potem nad łąkami przeleciało kilka skowronków. Nie śpiewały jeszcze ale poćwierkiwały coś w skowrończym języku.
Mimo słońca było chłodno. Przenikliwy wiatr wciskał się pod kurtki.
Kiedy doszliśmy na miejsce, przeleciało nad nami kilka żurawi. Z trąbieniem, o którym mój przyjaciel mówił, że to jakby ktoś otwierał drzwi do nieba.

Krzyś nie wytrzymał i pobiegł przodem. Chciał być pierwszy.

- Chyba nie ma - krzyczy z daleka.

Szkoda. Choć pora na nie trochę wczesna. Jeszcze kilka dni temu wszystko zmarznięte było na kość.

- Są!! Są!! Maleńkie wychodzą spod śniegu - krzyczy nagle podekscytowany - i tu i tam! Pokazuje swoją łapką.

Faktycznie masa zielonych, może centymetrowych dzióbków wystaje spod śniegu. Miejscami widać nawet pąki kwiatowe. A w kilku miejscach były już prawie rozwinięte kwiaty.

Rzuciłem się do fotografowania. Przebiśniegów w śniegu nie widziałem już kilka lat. Zimy były jakieś takie niezimowe.

Wróciłem do domu zmarznięty i przemoczony. Godzina leżenia na mokrym śniegu nie wyszła moim ubraniom na dobre. Szczęściem do domu było blisko. Ledwie kilkaset metrów.
















piątek, 17 lutego 2017

417 lat temu...






Dokładnie 417 lat temu, 17 lutego 1600 roku na Campo de' Fiori, głównym placu Rzymu, zapłonął stos. W płomieniach zginął filozof, humanista i były dominikanin - Giordano Bruno. Prochy jego wrzucono do Tybru a wszystkie dzieła znalazły się na indeksie ksiąg zakazanych.

Czym Giordano zasłużył sobie na taki los? Nie dość, że poparł tego heretyka Kopernika, to jeszcze rozwinął jago myśl. Śmiał twierdzić, że gwiazdy na niebie są innymi słońcami, podobnymi do naszego. A dookoła tych słońc krążą podobne do Ziemi planety oraz, że istnieje na nich życie podobne do ziemskiego. Wszechświat według Bruno miał być nieskończony i jednorodny. Z gwiazdami i ich systemami planetarnymi równomiernie wypełniającymi nieskończoną przestrzeń. Zaś Ziemia i Słońce miały być jedynie jednymi z wielu podobnych ciał niebieskich.

Do tej pory uważano, że Wszechświat jest skończony i ograniczony sferą gwiazd. Wszystkie miały znajdować się w jednakowej odległości od znajdującej się w jego środku Ziemi. Planety i Słońce miały poruszać się po koncentrycznych sferach niebieskich, znajdujących się poniżej sfery gwiazd a nad centralnie położoną Ziemią.

Kopernikański przewrót, choć jedynie umieścił w centrum wszechświata Słońce zamiast Ziemi, zaś pozostałe elementy zostawił bez zmian i tak był trudny do przełknięcia. Dzieło "O obrotach sfer niebieskich" zniknęło z kościelnego Indeksu Ksiąg Zakazanych dopiero w 1835 roku. A pomysł Giordano Bruno był absolutnie rewolucyjny. I choć zaskakująco bliski współczesnym teoriom, nie miał szans na przełomie XVI i XVII wieku.

Lista przewinień Giordano Bruno była zresztą znacznie większa. Zawierała ponad 130 pozycji. Zarzucano mu niesubordynację wobec władzy kościelnej, podważanie dogmatów wiary. Pisał chociażby, że nikt nie może stosować wobec drugiego człowieka przymusu religijnego. Nie do przyjęcia były również społeczne poglądy myśliciela. Twierdził między innymi, że natura dała każdemu człowiekowi wspaniałe skrzydła a nauczyciel powinien pomagać w ich rozwijaniu. Potępiał kolonializm i opowiadał się za prawem każdego narodu do niepodległości i własnej kultury. W kilkadziesiąt lat po eksterminacji Azteków i Inków głosił iż: "lepiej by Indian w ogóle nie odkryto, bowiem w wyniku podbojów doszło do zakłócenia spokoju innych ludów oraz gwoli zyskom z handlu, podwojenia wszelkich niedostatków".

Został uwięziony przez Inkwizycję i po sześciu latach skazany na śmierć jako zatwardziały heretyk.

Podobno po wysłuchaniu wyroku rzekł: "wy, którzy mnie skazujecie, bardziej być może boicie się tego wyroku niż ja".

Dokumentacja procesu Giordano Bruno zaginęła w zawieruchach historii. Ślad po niej zaginął w 1817 roku w czasie przenoszenia archiwum pontyfikalnego z Francji do Rzymu. Niektórzy historycy uważają, że ze względu na kontrowersyjną zawartość została celowo zniszczona.

Gwoli ścisłości należy dodać, że nieliczni historycy kwestionują samą śmierć Bruno. Nie wiadomo jednak co miałoby się z nim stać po 1600 roku. Oryginalne dokumenty procesowe ostatni raz widziano 200 lat temu.











sobota, 31 grudnia 2016

Wisła we mgłach i żółtościach





Zanurzać zanurzać się
w ogrody rudej jesieni
i liście zrywać kolejno 
jakby godziny istnienia

Chodzić od drzewa do drzewa
od bólu i znowu do bólu
cichutko krokiem cierpienia
by wiatru nie zbudzić ze snu

I liście zrywać bez żalu
z uśmiechem ciepłym i smutnym
a mały listek ostatni 
zostawić komuś i umrzeć

                Edward Stachura





















środa, 30 listopada 2016

Wariacje na Młodego i aparat - Nieznana historia Pomarańczarki...




Historia Pomarańczarki jest powszechnie znana. Obraz powstał w pracowni Aleksandra Gierymskiego w latach 1880-1881. Mało kto jednak wie, że malarz stworzył dwa bardzo podobne obrazy. Inspiracją było niepozowane zdjęcie Konrada Brandla. Pierwszy obraz trafił do Muzeum Narodowego w Warszawie. Ten drugi znajduje się dziś w Muzeum Śląskim w Katowicach. Różnią się szczegółami. Trochę inna jest kolorystyka i wyraz twarzy.

Warszawska (ta bardziej znana) zaginęła w czasie II wojny światowej. Potraktowana została jako łup wojenny i wywieziona tak skutecznie, że przez lata nie widziano co się z nią stało. Odnalazła się dopiero w 2010 roku w małym domu aukcyjnym pod Hamburgiem. Obraz był bardzo zniszczony. Wystawiono go na sprzedaż zaledwie za drobnych kilka tysięcy euro. Nikt nie wiedział z jakim arcydziełem mieli do czynienia. Nikt też podobno nie wiedział, że został zrabowany z Muzeum Narodowego w Warszawie. Na szczęście, sprawa się wydała i po kilkudziesięciu latach udało się Pomarańczarkę odzyskać. Wróciła do Muzeum Narodowego w Warszawie

Prace konserwacyjne trwały dwa lata.

Tyle suche fakty... a potem, zaś potem...




Potem objawiły się kolejne niespodzianki

Po dalszych badaniach okazało się, że słynna "Pomarańczarka" w rzeczywistości sprzedawała wieczne pióra. Zaś kosze z pomarańczami to jej drugie śniadanie. Była bowiem pierwszą frutarianką na świecie. 

Na dodatek (pióra wszak cenne są) podróżowała z psami...

... ba, nawet z całym stadem czarnych, groźnych psów. Niepotwierdzone plotki mówią, że była spowinowacona z rodziną  Baskerville’ów. Zaś jej ulubiony atrament w wiecznym piórze ma kolor wrzosu...




Inne części "Wariacji"






środa, 9 listopada 2016

Jak powstawały "Symbole Polskiej Przyrody"





Pamiętacie animowany film "Zaplątani"? I scenę, kiedy Roszpunka schodzi po raz pierwszy w życiu ze swojej wieży? To mniej więcej tak wyglądałem po tym jak wydawnictwo Multico zaproponowało mi zrobienie albumu o tym co najciekawsze w polskiej przyrodzie. Na zmianę przechodziłem fazę - super... i fazę - na pewno nie dam rady!

Ale cóż... decyzja zapadła. Trzeba się było wziąć za robotę. Obłożyłem się mapami Polski, stosem książek i zacząłem przeglądać swoje archiwum zdjęć. Po kilku dniach miałem gotową listę. Przyjrzałem się jej uważnie i wyszło mi, że książka musiałaby mieć rozmiar kilkutomowej encyklopedii. Następny tydzień spędziłem wybierając z najciekawszych miejsc tylko same perełki. W końcu po wielu trudach i wyrzeczeniach oraz rozmowach z redaktorami z wydawnictwa Multico, udało się ograniczyć ilość do jakiegoś sensownego poziomu.

W zasadzie trudno powiedzieć ile czasu trwało zbieranie materiału. Niektóre zdjęcia mają ponad 20 lat. Niektóre zapiski i notatki wykorzystane przy pracy wcale nie mniej. Choć w momencie ich powstawania nawet do głowy mi nie przyszło, że przyczynią się do napisania książki.
Zawsze odwiedzając jakieś okolice szukałem regionalnych przewodników, napisanych przez miejscowych pasjonatów i wydanych często własnym sumptem w minimalnym nakładzie. Zawierają one nierzadko informacje i ciekawostki niedostępne w innych miejscach. Mam w domu całą półkę z takimi materiałami.

Potem jeszcze doszedł wybór zdjęć. Nawet nie wiem ile ich przejrzałem. Ale ich liczba szła w tysiące. Zarówno moich jak i dostarczonych przez zaprzyjaźnionych fotografów. Jak wybrać jedno zdjęcie mające ilustrować tekst, gdy przed sobą mam dwadzieścia samych świetnych fotografii ilustrujących jeden temat?

A potem... potem już wystarczyło usiąść i napisać...




Rodzina od zawsze towarzyszyła mi w podróżach. Młody zaczynał chodzić trzymając się tatowego sprzętu. 


A zdarzało mu się również sypiać w kołysce zrobionej z koca przywiązanego do nóg rozłożonego statywu.



Fotografuję Pieniny - między baranami nad Zalewem Czorsztyńskim. W tle zamek Czorsztyn, który podobno kiedyś był siedzibą Zawiszy Czarnego. A w czasie Potopu Szwedzkiego schronił się tu król Jan Kazimierz.

Gościnne Podlasie. Koń służy mi za statyw a ja fotografuję koniki polskie u przyjaciół prowadzących wolnowybiegową hodowlę w Sławatyczach. To tu zaciekawiony koń próbował sprawdzić co mam w ręku i zapluł mi przednią soczewkę obiektywu.

Przedwiośnie w mojej ulubionej Dolinie Środkowej Wisły. Gdyby zliczyć wszystkie nadwiślańskie podróże, zebrałyby się pewnie tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy kilometrów - od Baraniej Góry po Żuławy.

Gdzieś w bieszczadzkim strumieniu...

... i na połoninach. Bieszczady - obok Doliny Środkowej Wisły to drugie z moich ulubionych miejsc w Polsce.
Magiczne Ponidzie - gdzie głowiłem się jak uchwycić na zdjęciu urok kryształów gipsu.
Na wieży widokowej przy Jeziorze Łuknajno. Chwilę wcześniej obserwowaliśmy udane polowanie rybołowa. W całej Polsce żyje dziś zaledwie 28 par tych ptaków. Czyli to był jeden z 56  naszych rybołowów. Prawie na środku zdjęcia widać wysepkę na której Włodzimierz Puchalski, w latach 50 XX wieku, fotografował i filmował łabędzie. Opisał to potem w kultowej dziś książce "W krainie łabędzia". 

Wszelakie notatki, wpadające do głowy pomysły i zarys książki pisane były ręcznie, wiecznym piórem. Jakoś lepiej wtedy mi się myśli. Dopiero gotowy tekst powstawał na komputerze.

W gościnie u państwa Niedbalskich w Wojnowie na Mazurach. Powstało tu kilkanaście rozdziałów i przy okazji sporo zdjęć koników polskich. Telefon służy za... przycisk do papieru. Wiał wtedy niezły wiatr i rozrzucał mi notatki po całej okolicy.

W pięknych okolicznościach przyrody piszą się kolejne części. Tu akurat przy obozowisku obok grodziska w Czermnie. Prawdopodobnej stolicy dawnych Grodów Czerwieńskich. 

Zaczynamy kolejny dzień pracy. Wszystko już naszykowane. Jeszcze tylko trzeba dopić poranną herbatę Longjing - jeden z moich ulubionych gatunków i można brać się za pióro.

W domowym zaciszu - notatki i uwagi do pierwszej wersji książki robione były... pięknym szklanym, maczanym w atramencie piórem. Zrobione zostało przez francuską firmę J.Herbin na wzór siedemnastowiecznych weneckich piór. Jakby ktoś zamarzył o takim piórze, to można je znaleźć w sklepie internetowym F-Pen.

Roztocze - fotografujemy wodospad na strumieniu Jeleń. Największy wodospad tej krainy. Jego szum słychać z odległości ponad 100 metrów. Ostatecznie nie został pokazany w książce. 

Fotografujemy roślinność Chełmskich Torfowisk Węglanowych. To unikalne miejsce w Europie. Bo kto widział torf, który nie jest kwaśny, tylko zasadowy.


Samo pisanie trwało, bagatelka, około 4 miesięcy. Przy biurku w domu, pod domen w cieniu starej jabłoni, w czasie różnych podróży w terenie. Nie powiem ile razy zdarzyło się mi zrywać w środku nocy, by zapisać jakiś pomysł. Potem kilka miesięcy trwało poprawienie tekstów i redagowanie tak, by zdjęcia i opisy dobrze rozmieścić na stronach książki.
A potem jeszcze tylko kilkukrotne przeczytanie całości by wyłapać ostatnie błędy... choć i tak pewnie jakieś się trafią.

I do drukarni...

I do księgarni...

Zapraszam... Album dostępny na przykład tu:

Symbole Polskiej Przyrody