sobota, 11 listopada 2017

Wariacje na Młodego, aparat i pióra...





Od sześciu lat w pierwszy piątek listopada obchodzony jest na całym świecie Dzień Wiecznego Pióra. (Fountain Pen Day). Na pomysł taki wpadli kiedyś Cary Yeager i Aaron Zeller. Po raz pierwszy celebrowano FPD w 2012 roku. Wzięło w nim wtedy udział 600 osób. Rok później liczba wzrosła do 2000. W 2014 roku udział deklarowało już 4000 osób. Od 2016 roku uczestników już nie daje się policzyć. Dziesiątki tysięcy osób na całym świecie spotykają się tego dnia, by obchodzić Dzień Wiecznego Pióra. Jest to święto pasjonackie, społecznościowe i niekomercyjne. Miłośnicy piór spotykają się, wymieniają doświadczeniami, testują nowe atramenty, uczą się eleganckiej kaligrafii czy po prostu miło spędzają wspólnie czas.

Od 2016 roku odbywa się też z tej okazji komercyjna impreza w Warszawie pod nazwą Dzień Wiecznego Pióra. Można tam spotkać przedstawicieli piórowego biznesu z całej Polski. Obejrzeć dziesiątki współczesnych i starych piór, wziąć udział w warsztatach kaligrafii i uczyć się tej pięknej sztuki od najlepszych; w warsztatach czerpania papieru czy innych - równie ciekawych. Tegoroczny Dzień Wiecznego Pióra odbędzie się 18.11.2017 na ulicy Młocińskiej 5/7 w gmachu "Babka do Wynajęcia". Szczegółowe informacje można znaleźć na stronie Dzień Wiecznego Pióra.

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że do wiecznych piór mam wielki sentyment. Piszę nimi od 4 klasy szkoły podstawowej. Z niewielką przerwa w latach 80 XX wieku. Wtedy w Polsce nie można było kupić nie tylko cukru, papieru toaletowego czy butów ale również atramentów.

Za to Młody w ogóle nie pisał w życiu długopisem. Najpierw używał do nauki pisania ołówków, potem próbował obsadek ze stalówkami i płynnie przeszedł na wieczne pióra.

Z tej okazji zebrałem zdjęcia, których bohaterem jest Młody i pióra...



Można dostać pióro zwyczajnie... na urodziny. Tym bardziej, jeśli są to okrągłe 10 urodziny... Ale jest wiele innych, niecodziennych sposobów... aby zostać szczęśliwym posiadaczem pióra.

Jak powszechnie wiadomo, dzieci oraz pióra znajdujemy w kapuście. Choć niektórzy twierdzą, że jest odwrotnie. Trzeba mieć kapuchę na dzieci i pióra... 

Można je również często nabyć u Pomarańczarki. Wbrew pozorom wcale nie sprzedaje ona pomarańczy. Cała jej historia jest opisana tutaj:  KLIK

Zdarza się również, że wieczne pióra zjawiają się jesienią, razem z babim latem.

Lub można je dostać w dobrych sklepach muzycznych... 

...a nawet w militarnych.

Niekiedy też, przed jakąś bitwą, można otrzymać dwa nagie pióra z całkiem niezłymi stalówkami...

Czasem nad wodą spotkamy Utopce, Topielce i inne Wodnice. Zazwyczaj czyhają na zabłąkanych przechodniów czy wędkarzy i wciągają ich pod wodę. Jednak wyjątkową sympatią darzą ludzi piszących wiecznymi piórami. Wdają się wtedy w rozmowę na temat właściwości różnych rodzajów stalówek i atramentów. Jeśli mają dobry humor, mogą nawet obdarować jakimś ładnym piórem.



Co prawda nie wieczne ale szklane pióro firmy J.Herbin możemy za to dostać od Pani Jeziora... nawet jeśli przez głupi przypadek nie mamy na imię Artur... Trzeba tylko ją znaleźć. Nikt nie wie, w którym jeziorze się obecnie ukrywa...




Na koniec ulotka "Dlaczego warto pisać piórem wiecznym" przygotowana przez osoby z działającego prężnie  Forum o Piórach 












wtorek, 31 października 2017

Dudosław przekorny






Dawno, dawno temu pojechałem z przyjaciółmi nad Biebrzę. Tak dawno, że nie tylko nie było wtedy Fejsbuka ale nawet Wuja Googla i Ciotki Wikipedii. Koledzy, znający doskonale biebrzańskie okolice postanowili mnie oprowadzić i pokazać najciekawsze miejsca.
Wędrowaliśmy więc, jeździliśmy, wędrowaliśmy... Wrażenia nakładały się na siebie. Łosie, dziki, ptaki, dziki... dudek! Łazi po łące niedaleko drogi. Mam do tych ptaków jakiś niewytłumaczalny sentyment.
Popatrzyliśmy więc na dudka i poszliśmy dalej.

Nie przeszliśmy nawet kilkuset metrów, gdy spotkaliśmy przewodniczkę w towarzystwie kilku Holendrów.

- Widzieliście dudka? Gdzie? Moi goście marzą o dudku. Chodzimy od rana i nic.

Pokazujemy gdzie i idziemy dalej. Wędrujemy dalej. Nie mija pół godziny a dwa dudki przelatują nam przed nosem i lądują na pobliskim drzewie. Przyglądamy im się przez lornetki.

Po chwili spotykamy znowu Holendrów z przewodniczką.

- I co widzieliście dudka?
- No nie... jak doszliśmy to było już pusto...
- No kurczę, a my widzieliśmy przed chwilą znowu. No może z minutę temu w drugim końcu polany. Siedziały na tamtej wierzbie.

Holendrzy puszczają się kurcgalopkiem a my idziemy dalej.

Niedługo później najpierw słyszymy a potem dostrzegamy dudka na starej brzozie. To już czwary dziś. Niezły wynik jak na tak rzadkiego ptaka.

Pod wieczór spotykamy znowu Holendrów z przewodniczką.

- I co? I co? Widzieliście?

- Nieee... mówi zasmucona przewodniczka. Już też ich nie było. Chodziliśmy cały dzień i nic.

- No żartujesz, myśmy widzieli potem jeszcze jednego.

Holendrzy byli niepocieszeni.

Po kilku dniach nadbiebrzańskich wędrówek wracam do domu. Wjeżdżam na podwórko, wysiadam z samochodu. Do mych uszu dociera jakieś dziwne skrzeczenie. Rozglądam się. Na pobliskiej starej jabłonce, siedzi sobie dudek, stroszy się na mnie i skrzeczy oburzony. Ledwie może 5 metrów ode mnie!



Kilka lat później para dudków zagnieździła się w starej wierzbie tuż pod moim domem. Mogłem je obserwować z okna. Czasami, niczym wielkie motyle przelatywały mi tuż nad głową. Czasami wyjeżdżając z podwórka musiałem czekać aż taki żerujący na drodze delikwent, zdecyduje się odlecieć. 
Był rok, że w pobliżu gnieździły się 4 pary tych ptaków. Słyszałem jednocześnie cztery odzywające się samce. 


Dudki najczęściej gnieżdżą się w dziuplach w starych drzewach. Potrafią też w skarpach czy śródpolnych kupach kamieni. 

Lecący dudek wygląda jak wielki motyl...


Młode są bardzo hałaśliwe i ciekawskie. W przypadku zagrożenia odwracają się kuperkami do góry i strzelają cuchnącą wydzieliną gruczołów kuprowych, czasem uzupełnioną kałem. Siła takiego strzału jest całkiem spora. Zasięg takiej broni osiąga nawet pół metra. 

Słynny dudkowy czubek jest stroszony wtedy, gdy ptak jest podekscytowany lub przestraszony.

Dudki lubią żerować tam, gdzie pasą się konie. W końskich pączkach znajdują obfitość pożywienia. 

Odzywający się charakterystycznym "hup hup hup" dudek, pochyla swój zakrzywiony dziób i... trochę się nadyma... 


Od kilku lat dudki już nie zasiedlają dziupli w starej wierzbie. Przeniosły się w inne miejsce ale cały czas są gdzieś blisko. Co roku para lub dwie gnieżdżą się w moich okolicach. Wierzba przestała im odpowiadać. Może dziupla wypróchniała za bardzo? Czasem wiosną widuje je jak zaglądają do swojego starego mieszkania ale na tym się kończy.






sobota, 23 września 2017

Inwazja na wrzosowisko...





TAAATOOO SZYBKOOO!!! - słyszę zza okna odległy krzyk.

Coś się stało? Wybiegam przed dom, przebiegam przez podwórko... Na pobliskiej łące stoi Krzyś i macha do mnie zawzięcie.

- Zobacz co znalazłem - słyszę - może weź aparat i obiektyw do makro!

A więc wszystko w porządku. Uff... Przestraszylem się trochę tym niespodziewanym krzykiem. Wracam po sprzęt i wędruję na łąkę. Na niewielkim wzgórku, porośniętym suchymi trawami i kończącymi właśnie kwitnąć wrzosami, stoi Krzyś i z wielkim uśmiechem na gębie pokazuje mi coś na dole.

Wśród fioletowych kwiatów siedzi sobie wielka, zielona... MODLISZKA!

Orzesz ty..! Tu? Na Mazowszu?  A jednak.

Robię zdjęcia do czasu, kiedy słońce się chowa i zaczyna lać kolejny wrześniowy deszcz. Czyli... przez jakieś 15 minut.

Jeszce kilkanaście lat temu modliszki w Polsce można było spotkać jedynie w kilku miejscach w południowo-wschodniej części kraju. I to niezbyt często. Dwadzieścia lat temu, by je sfotografować, musiałem pojechać na Słowację - tuż pod węgierska granicę. A tu proszę, dziś przyszła do mnie sama. Zamieszkała pod domem, nawet nie pytając się o zgodę.

Chwila poszukiwań w internecie i nagle się okazało, ze modliszki podbijają Polskę. Zamieszkały na Opolszczyźnie, Lubelszczyźnie, widziano ją w Górach Świętokrzyskich, na Mazowszu... Pojawiły się też na Mazurach w okolicach Olsztyna czy na Podlasiu. Ba... niedawno nawet ktoś znalazł modliszkę w środku Warszawy. Złapał ją i wezwał Ekopatrol. Myślał, że to jakiś egzotyczny uciekinier z hodowli. Bo w sumie, kto poza garstką fachowców wie, że modliszki można w Polsce spotkać?

Ale jednocześnie jest to owad powszechnie znany, wręcz symboliczny. Z jednej strony ze względu na charakterystyczny wygląd, kojarzący się często z głęboką modlitwą. Nawet naukowa, łacińska nazwa brzmi: Mantis religiosa. Z drugiej strony znany jest również z tego, że samica... zjada samca po lub nawet w trakcie kopulacji. Co prawda dochodzi do tego najczęściej w warunkach hodowlanych. W naturze samiec ma o wiele większa szanse zrobić swoje i uciec... Ale legenda pozostaje. Co ciekawe, sama kopulacja może trwać kilka godzin i nawet jeśli zdarzy się, że samica zaczyna posilać się swoim partnerem, to wiele mu to nie przeszkadza. Zjadanie zaczyna się zawsze od głowy, bo tam samica może łatwo sięgnąć. A, że ośrodki nerwowe zawiadujące aktem płciowym u modliszek znajdują się nie w głowie a w dolnej części ciała, to kopulacja trwa nadal w najlepsze.

W kulturach wschodu modliszka jest za to symbolem odwagi i opanowania.

Polskie modliszki zimują w postaci jaj. Dorosłe osobniki nie przeżywają zimy. Gdzieś w maju wykluwa się kolejne pokolenie. Larwy są podobne do dorosłych owadów. Jedynie są mniejsze i nie mają skrzydeł.



A kuku... Na oku modliszki znajduje się kropka wyglądająca jak źrenica! Sprawia to wrażenie, jakby owad nam się przyglądał. Ale to ściema... to znaczy, przygląda nam się ale ma oczy złożone, składające się pewnie z setek małych oczek. Podobnie jak inne owady. Zaś kropka na środku oka to tylko dekoracja. 

Modliszki to jedyne owady, które potrafią... kręcić głową. Modliszka może powiedzieć 'nie', może pokiwać na potwierdzenie, może nawet przechylić głowę i się zdziwić. Niesamowite było obserwowanie kręcącej głową modliszki. Normalnie mi się przyglądała i śledziła ruchy rąk oraz aparatu. Tak ruchliwa głowa pozwala na zlokalizowanie na ogół nic niespodziewającej się ofiary bez konieczności poruszania całym ciałem.  

Spojrzała w bok prosto na mnie i wpatrywała się z uwagą.

U nasady odnóży chwytnych modliszki znajdują się "wielkie oczy". Odwracają one uwagę ofiary od znacznie groźniejszego końca... 

Modliszki bardzo wiele energii poświęcają na pielęgnację. Kiedy ją obserwowałem i fotografowałem, połowę czasu zajmowała się właśnie czyszczeniem kolejnych odnóży.

- Czekam i czekam a obiad nie przychodzi.... Poczekam więc jeszcze. Cierpliwa jestem...


- Jak to dobrze, że modliszki nie są zbyt wielkie... Co by to było gdyby... - mówi Krzyś.

W strugach deszczu wracamy do domu. Krzyś idzie dumny ze swojego znaleziska. Ciekawe czy modliszek zamieszka u nas więcej, czy też to pojedynczy przypadek?





czwartek, 31 sierpnia 2017

Koniki polskie - ogierków zabawy 2






Jeśli konikom polskim pozwolić na życie po swojemu, to zachowywać się będą podobnie do swoich przodków. Tworzą tabuny, mają swój porządek i hierarchię. Tak na przykład dzieje się w rezerwacie w Popielnie, gdzie do dyspozycji koników jest ponad 1600 hektarów. Dziś żyje w nim 5 niezależnych tabunów. Badacze prowadzą tam regularne obserwacje końskiego zachowania i zwyczajów.

Gdzieś przeczytałem o tym, że to kto akurat rządzi zależy od sytuacji. Na co dzień o wszystkim decyduje doświadczona klacz. Taka, której inne konie ufają. Ale w sytuacji zagrożenia to ogier jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo. Można by powiedzieć, że ogier broni, pilnuje trwałości i spoistości tabunu ale o tym gdzie iść, kiedy jeść czy pić, decyduje... klacz.

Młode ogierki jak i klacze są wyganiane przez ojca. Klacze najczęściej szukają innych tabunów.  A ogierki... czekają na lepsze czasy. Czasem łączą się w niewielkie stada, krążą gdzieś dookoła, mając nadzieję na uprowadzenie jakiejś klaczy. Zdarza się, że po kilku latach kiedy nabiorą krzepy, wyzywają tabunowego ogiera na pojedynek. Takie walki mogą mieć nawet drastyczny przebieg. W sierpniu 2010 w rezerwacie koników polskich w Popielnie, młody ogier Namur próbował przejąć tabun swojego ojca Osowca. Potyczka trwała trzy dni. Namur zwyciężył zaś Osowiec został śmiertelnie poturbowany i wkrótce potem zmarł. Co ciekawe, po stronie Namura stanęła jego matka.

A na zdjęciach widać właśnie zabawę młodych ogierków. No, może nawet nie zabawę, bo to przygotowania do hmmm... życia w rodzinie i walki o klacze. Na razie wszystko odbywa się bezkrwawo i delikatnie ale za kilka lat, gdy te konie się spotkają, może być już zupełnie inaczej...




















piątek, 28 lipca 2017

Koniki polskie - ogierków zabawy



Dawno już nie pokazywałem zdjęć koników polskich. Co nie znaczy, że nie gościły przed moim obiektywem. Dziś zdjęcia młodych ogierków. W warunkach naturalnych, gdy konie żyją po swojemu a nie tak jak człowiek w stajni zarządzi, są one wypędzane z tabunu przez ojca. Łączą się wtedy w niewielkie stada, krążą po okolicy i czekają na lepsze czasy. Kiedy dorosną i zmężnieją, próbują stworzyć swoje tabuny. Albo próbują oderwać pojedyńcze klacze albo... wyzywają tabunowego ogiera na pojedynek. Jeśli wygrają, wyganiają swojego poprzednika i biorą wszystko.
Na zdjęciach​ widać próbę sił właśnie u takich dwóch małolatów. Każdy z nich kombinuje jak przytrzymać drugiego za nogę. Z jednej strony jest to jeszcze zabawa ale z drugiej... kto wśród koni kontroluje ruch, ten rządzi.


















Kliknij tu aby obejrzeć kolejne opowieści o ogierkach

niedziela, 16 lipca 2017

Flisacy nad Wisłą




Bo kiedy już flis zasmakuje komu
Już się na wiosnę nie zostaji w domu
Już ciecze ze krą do Gdańska [...]

Sebastian Fabian Klonowic "Flis to jest spuszczanie statków Wisłą" 1595 






Podobne tratwy pływały kiedyś po Wiśle setkami i tysiącami. Transportowano w ten sposób do Gdańska drzewa z polskich puszcz. Dość powiedzieć, że sosny z Puszczy Knyszyńskiej (tzw. sosny supraskie), były uważane za jeden z najlepszych i najcenniejszych materiałów na okrętowe maszty. 

Razem z tratwami płynęły rozmaite szkuty, komięgi, galary... i wiele innych łodzi o nic nie mówiących nam dziś nazwach. Przewożono nimi zboże, skóry, smołę i inne towary pochodzące z niemal całej Rzeczypospolitej. Szacuje się, że w XVI i XVII wieku, handel z Gdańskiem potrafił zapewniać nawet czwartą część obrotów amsterdamskiej giełdy. 

Położenie Wisły, płynącej przez pół Polski i pozwalającej na spławianie towarów do Gdańska, stało się źródłem rozwoju miast, bogacenia się mieszczan i szlachty. Jasiek Kochanowski, mógł siedzieć pod lipą i rozważać zawiłości rymów dlatego, że był również sprawnym gospodarzem i niejeden transport zboża wyprawił do Gdańska. Polska zresztą w tym czasie nosiła miano "Spichlerza Europy". Spławianie towarów rzekami było wtedy jedyną metodą transportu na duże odległości. Dróg praktycznie nie było. A nawet jeśli, to karmienie zwierząt pociągowych i utrzymanie obsługi w czasie podróży więcej by kosztowało, niż towar dostarczony lądem do gdańskiego portu. 

Członkowie "Bractwa Flisackiego pod wezwaniem Św. Barbary" w Ulanowie postanowili przywrócić dawne flisackie tradycje. Po kilku dniach zbijania tratwy w czasie Ogólnopolskich Dni Flisactwa, ruszyli na początku lipca w podróż do Gdańska.
Tratwa zbudowana jest z czterech tafli czyli umocowanych razem pni drzew. Ma długość około 70 metrów i waży, bagatelka 60 ton. Choć i tak z porównaniu z tymi, które płynęły Wisłą przed setkami lat - jest maleńka. 

W sumie to zupełnym przypadkiem dowiedziałem się, że flisacy będą nocować tuż koło mnie, w miejscu gdzie niejednokrotnie bywałem w aparatem. Koło południa zrobiłem rekonesans. Wieś Wróble, gdzie mieli dopłynąć, ma ze dwa kilometry długości. Przybić do brzegu można w kilku miejscach. W jednym z tych miejsc przygotowany był materiał na ognisko... to pewnie tu.  

Wróciłem późnym popołudniem. Dobrze trafiłem. Wokoło trwały już przygotowania. Flisacy mieli przybyć wkrótce. Tymczasem pogoda się zmieniła. Naszły jakieś chmury, zrobiło się chłodniej. Niekiedy tylko błyskało słońce i rozświetlało żółtością nadwiślańskie łachy. Miałem tylko nadzieję, że kiedy pojawią się flisacy, błyśnie jakieś ładne światło. I tym razem miałem szczęście. 



W końcu zza zakrętu rzeki wyłoniła się tratwa. Po kilku minutach przybiła do wróblańskiego brzegu. Wkrótce też poprawiła się pogoda i błysnęło piękne światło.
Beczka wiwatowa, będąca mniejszą kopią stojącej w Ulanowie, wita wystrzałem okolicznych mieszkańców.

Retman

Wielkie wiosła, nazywane drgawkami, znajdujące się na przodzie czyli głowie, oraz z tyłu czyli na colu tratwy, służyły do sterowania.  

W takich szałasach mieszkają w czasie spływu flisacy.

W tylnej części tratwy (czyli tak zwanym colu)  znajduje się palenisko, na którym flisacy przygotowują posiłki. Ognisko oczywiście rozpalane jest na kawałku blachy. Za nim widać po obu stronach tak zwane skrzyniowania. Do nich w razie potrzeby władane są śryki, czyli brzozowe pnie, które wbijane w dno rzeki hamują lub obracają tratwę. Podobne skrzyniowanie - tylko już jedno, na środku - znajduje się na głowie (przodzie) tratwy. Brzoza jest lekka i elastyczna. Bardzo dobrze nadaje się do tego celu. 

W największym szałasie mieszkają retmani. 


Towarzyszący w podróży tratwie galar ulanowski, zabierał chętnych na krótki rejs po Wiśle. 



Gdyby ktoś chciał zobaczyć flisaków w akcji, to ma jeszcze okazję. Podróż będzie trwała ponad miesiąc. Z przerwą we Włocławku w oczekiwaniu na Festiwal Wisły. 

Przypływają w oznaczone miejsce późnym popołudniem i ruszają w dalszą drogę o świcie. Można ich będzie jeszcze spotkać w:


15 lipca w Jabłonnie (sobota) 
16 lipca w Zakroczymiu (niedziela)
17 lipca w Czerwińsku
18 lipca w Kępie Polskiej
19 lipiec w Płocku 
20 lipca Dobrzyniu nad Wisłą

Festiwal Wisły 12-14.08 2017 Włocławek

12 sierpnia ruszają z Włocławka (sobota)
13 sierpnia w Nieszawie (niedziela)
13 sierpnia w Ciechocinku (niedziela)
14-15 sierpnia w Toruniu
16 sierpnia w Solcu Kujawskim
17 sierpnia w Kozielcu
18 sierpnia w Chełmnie
19 sierpnia w Grudziądzu (sobota)
20 sierpnia w Gniewie (niedziela)
21 sierpnia w Tczewie
22 sierpnia w Gdańsku 



czwartek, 8 czerwca 2017

Maciejowickie Powiślaki





Od 24 lat  na początku czerwca Maciejowice goszczą Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych Regionów Nadwiślańskich "Powiślaki". Więc i w tym roku w sobotę 10 czerwca Maciejowice rozbrzmiewać będą śpiewem, dźwiękami skrzypiec, akordeonów, barabanów i wielu innych instrumentów. Czasem takich, które na co dzień obejrzeć możemy tylko w muzeach czy skansenach. Albo ręcznie zrobionych przez samych muzyków.

Nie pamiętam już po raz który będę uwieczniał występy muzyków ludowych na fotografiach. Pierwsze zdjęcia w moich zbiorach pochodzą gdzieś z początku lat dziewięćdziesiątych.

Kiedyś Powiślaki trwały dwa dni. Pierwszego dnia odbywały się przesłuchania, drugiego był koncert laureatów. Dziś wszystko zajmuje jeden dzień. Niewiele dłużej niż kiedyś sam koncert laureatów. Niestety, wiele z osób, które występowały przed laty na festiwalu, gra dziś gdzieś na niebiańskich łąkach.

Niesamowite jest to, co dzieje się dookoła festiwalu. W czasie przerw muzycy sami z siebie zaczynają grać. Spontanicznie dołączają się kolejni. Ktoś zaczyna tańczyć, śpiewać...  często z o wiele większą lekkością i werwą, niż na scenie. Tam trema robi swoje. Czasem w parku na maciejowickim rynku wiruje kilkanaście par w kolorowych ludowych strojach. Co ciekawe, starsi - często naprawdę w podeszłym wieku - tańczą z większą swadą i fantazją niż młodzi.

Kiedyś uwijając się z aparatem dokoła sceny usłyszałem nagle głos:

- Mnie boli ręka, ciebie noga ale chodźmy potańcować!

I starsze małżeństwo, które zresztą przed chwilą dawało koncert, ruszyło w tany.

Innego razu, jeden ze skrzypków tak się rozkręcił, że nie chciał zejść ze sceny. Ciął smyczkiem od ucha do ucha śmiejąc się i grając kolejne utwory. W końcu interweniowali organizatorzy i gdy delikatnie go sprowadzali ze sceny...  on - cały czas grał.

Maciejowicki Festiwal to eliminacje do ogólnopolskiej imprezy odbywającej się pod koniec czerwca w Kazimierzu Dolnym. Ale atmosfera jest tu zupełnie inna. Bardziej swobodna, kameralna i spontaniczna.





Stanisław Głaz... 
... obsypany nagrodami ludowy wirtuoz skrzypiec.










Na scenę wdrapał się Mały Wielki Człowiek. Przez chwilę zastanawiano się czy go stamtąd zabrać. Ale, że nie przeszkadzał, w końcu został. Najpierw przyglądał się z uwagą muzykom a potem.. zaczął tańczyć! 


Człowiek orkiestra. Gra na skrzypcach i jednocześnie - nogami - na bębnie! 

Niektóre harmonie to arcydzieła z niewielkich, rzemieślniczych i już nieistniejących od dawna warsztatów. Ręcznie robione, ręcznie malowane. Kiedyś był to, obok skrzypiec, jeden z najpopularniejszych na wsiach instrumentów. 

Jeden z najmłodszych...
i jedna z najmłodszych uczestniczek festiwalu.
Dobrze, że jeszcze są młodzi, którzy grają taką muzykę...




A tak kiedyś uwieczniłem Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych "Powiślaki" w 2011 roku:  KLIK