niedziela, 16 lipca 2017

Flisacy nad Wisłą




Bo kiedy już flis zasmakuje komu
Już się na wiosnę nie zostaji w domu
Już ciecze ze krą do Gdańska [...]

Sebastian Fabian Klonowic "Flis to jest spuszczanie statków Wisłą" 1595 






Podobne tratwy pływały kiedyś po Wiśle setkami i tysiącami. Transportowano w ten sposób do Gdańska drzewa z polskich puszcz. Dość powiedzieć, że sosny z Puszczy Knyszyńskiej (tzw. sosny supraskie), były uważane za jeden z najlepszych i najcenniejszych materiałów na okrętowe maszty. 

Razem z tratwami płynęły rozmaite szkuty, komięgi, galary... i wiele innych łodzi o nic nie mówiących nam dziś nazwach. Przewożono nimi zboże, skóry, smołę i inne towary pochodzące z niemal całej Rzeczypospolitej. Szacuje się, że w XVI i XVII wieku, handel z Gdańskiem potrafił zapewniać nawet czwartą część obrotów amsterdamskiej giełdy. 

Położenie Wisły, płynącej przez pół Polski i pozwalającej na spławianie towarów do Gdańska, stało się źródłem rozwoju miast, bogacenia się mieszczan i szlachty. Jasiek Kochanowski, mógł siedzieć pod lipą i rozważać zawiłości rymów dlatego, że był również sprawnym gospodarzem i niejeden transport zboża wyprawił do Gdańska. Polska zresztą w tym czasie nosiła miano "Spichlerza Europy". Spławianie towarów rzekami było wtedy jedyną metodą transportu na duże odległości. Dróg praktycznie nie było. A nawet jeśli, to karmienie zwierząt pociągowych i utrzymanie obsługi w czasie podróży więcej by kosztowało, niż towar dostarczony lądem do gdańskiego portu. 

Członkowie "Bractwa Flisackiego pod wezwaniem Św. Barbary" w Ulanowie postanowili przywrócić dawne flisackie tradycje. Po kilku dniach zbijania tratwy w czasie Ogólnopolskich Dni Flisactwa, ruszyli na początku lipca w podróż do Gdańska.
Tratwa zbudowana jest z czterech tafli czyli umocowanych razem pni drzew. Ma długość około 70 metrów i waży, bagatelka 60 ton. Choć i tak z porównaniu z tymi, które płynęły Wisłą przed setkami lat - jest maleńka. 

W sumie to zupełnym przypadkiem dowiedziałem się, że flisacy będą nocować tuż koło mnie, w miejscu gdzie niejednokrotnie bywałem w aparatem. Koło południa zrobiłem rekonesans. Wieś Wróble, gdzie mieli dopłynąć, ma ze dwa kilometry długości. Przybić do brzegu można w kilku miejscach. W jednym z tych miejsc przygotowany był materiał na ognisko... to pewnie tu.  

Wróciłem późnym popołudniem. Dobrze trafiłem. Wokoło trwały już przygotowania. Flisacy mieli przybyć wkrótce. Tymczasem pogoda się zmieniła. Naszły jakieś chmury, zrobiło się chłodniej. Niekiedy tylko błyskało słońce i rozświetlało żółtością nadwiślańskie łachy. Miałem tylko nadzieję, że kiedy pojawią się flisacy, błyśnie jakieś ładne światło. I tym razem miałem szczęście. 



W końcu zza zakrętu rzeki wyłoniła się tratwa. Po kilku minutach przybiła do wróblańskiego brzegu. Wkrótce też poprawiła się pogoda i błysnęło piękne światło.
Beczka wiwatowa, będąca mniejszą kopią stojącej w Ulanowie, wita wystrzałem okolicznych mieszkańców.

Retman

Wielkie wiosła, nazywane drgawkami, znajdujące się na przodzie czyli głowie, oraz z tyłu czyli na colu tratwy, służyły do sterowania.  

W takich szałasach mieszkają w czasie spływu flisacy.

W tylnej części tratwy (czyli tak zwanym colu)  znajduje się palenisko, na którym flisacy przygotowują posiłki. Ognisko oczywiście rozpalane jest na kawałku blachy. Za nim widać po obu stronach tak zwane skrzyniowania. Do nich w razie potrzeby władane są śryki, czyli brzozowe pnie, które wbijane w dno rzeki hamują lub obracają tratwę. Podobne skrzyniowanie - tylko już jedno, na środku - znajduje się na głowie (przodzie) tratwy. Brzoza jest lekka i elastyczna. Bardzo dobrze nadaje się do tego celu. 

W największym szałasie mieszkają retmani. 


Towarzyszący w podróży tratwie galar ulanowski, zabierał chętnych na krótki rejs po Wiśle. 



Gdyby ktoś chciał zobaczyć flisaków w akcji, to ma jeszcze okazję. Podróż będzie trwała ponad miesiąc. Z przerwą we Włocławku w oczekiwaniu na Festiwal Wisły. 

Przypływają w oznaczone miejsce późnym popołudniem i ruszają w dalszą drogę o świcie. Można ich będzie jeszcze spotkać w:


15 lipca w Jabłonnie (sobota) 
16 lipca w Zakroczymiu (niedziela)
17 lipca w Czerwińsku
18 lipca w Kępie Polskiej
19 lipiec w Płocku 
20 lipca Dobrzyniu nad Wisłą

Festiwal Wisły 12-14.08 2017 Włocławek

12 sierpnia ruszają z Włocławka (sobota)
13 sierpnia w Nieszawie (niedziela)
13 sierpnia w Ciechocinku (niedziela)
14-15 sierpnia w Toruniu
16 sierpnia w Solcu Kujawskim
17 sierpnia w Kozielcu
18 sierpnia w Chełmnie
19 sierpnia w Grudziądzu (sobota)
20 sierpnia w Gniewie (niedziela)
21 sierpnia w Tczewie
22 sierpnia w Gdańsku 



czwartek, 8 czerwca 2017

Maciejowickie Powiślaki





Od 24 lat  na początku czerwca Maciejowice goszczą Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych Regionów Nadwiślańskich "Powiślaki". Więc i w tym roku w sobotę 10 czerwca Maciejowice rozbrzmiewać będą śpiewem, dźwiękami skrzypiec, akordeonów, barabanów i wielu innych instrumentów. Czasem takich, które na co dzień obejrzeć możemy tylko w muzeach czy skansenach. Albo ręcznie zrobionych przez samych muzyków.

Nie pamiętam już po raz który będę uwieczniał występy muzyków ludowych na fotografiach. Pierwsze zdjęcia w moich zbiorach pochodzą gdzieś z początku lat dziewięćdziesiątych.

Kiedyś Powiślaki trwały dwa dni. Pierwszego dnia odbywały się przesłuchania, drugiego był koncert laureatów. Dziś wszystko zajmuje jeden dzień. Niewiele dłużej niż kiedyś sam koncert laureatów. Niestety, wiele z osób, które występowały przed laty na festiwalu, gra dziś gdzieś na niebiańskich łąkach.

Niesamowite jest to, co dzieje się dookoła festiwalu. W czasie przerw muzycy sami z siebie zaczynają grać. Spontanicznie dołączają się kolejni. Ktoś zaczyna tańczyć, śpiewać...  często z o wiele większą lekkością i werwą, niż na scenie. Tam trema robi swoje. Czasem w parku na maciejowickim rynku wiruje kilkanaście par w kolorowych ludowych strojach. Co ciekawe, starsi - często naprawdę w podeszłym wieku - tańczą z większą swadą i fantazją niż młodzi.

Kiedyś uwijając się z aparatem dokoła sceny usłyszałem nagle głos:

- Mnie boli ręka, ciebie noga ale chodźmy potańcować!

I starsze małżeństwo, które zresztą przed chwilą dawało koncert, ruszyło w tany.

Innego razu, jeden ze skrzypków tak się rozkręcił, że nie chciał zejść ze sceny. Ciął smyczkiem od ucha do ucha śmiejąc się i grając kolejne utwory. W końcu interweniowali organizatorzy i gdy delikatnie go sprowadzali ze sceny...  on - cały czas grał.

Maciejowicki Festiwal to eliminacje do ogólnopolskiej imprezy odbywającej się pod koniec czerwca w Kazimierzu Dolnym. Ale atmosfera jest tu zupełnie inna. Bardziej swobodna, kameralna i spontaniczna.





Stanisław Głaz... 
... obsypany nagrodami ludowy wirtuoz skrzypiec.










Na scenę wdrapał się Mały Wielki Człowiek. Przez chwilę zastanawiano się czy go stamtąd zabrać. Ale, że nie przeszkadzał, w końcu został. Najpierw przyglądał się z uwagą muzykom a potem.. zaczął tańczyć! 


Człowiek orkiestra. Gra na skrzypcach i jednocześnie - nogami - na bębnie! 

Niektóre harmonie to arcydzieła z niewielkich, rzemieślniczych i już nieistniejących od dawna warsztatów. Ręcznie robione, ręcznie malowane. Kiedyś był to, obok skrzypiec, jeden z najpopularniejszych na wsiach instrumentów. 

Jeden z najmłodszych...
i jedna z najmłodszych uczestniczek festiwalu.
Dobrze, że jeszcze są młodzi, którzy grają taką muzykę...




A tak kiedyś uwieczniłem Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych "Powiślaki" w 2011 roku:  KLIK







środa, 31 maja 2017

Miałeś chamie...





Wyspiański był jednak wizjonerem! Dlaczego tak myślę? Już wyjaśniam. Na wschodnim Roztoczu, tuż przy polsko-ukraińskiej granicy, leży sobie Horyniec Zdrój. Znana uzdrowiskowa miejscowość, słynna z siarczkowych źródeł, oraz dla niektórych - z tego, że mieszka tam Magda i Konrad. Legenda głosi, że przyjeżdżała tu w celach zdrowotnych Marysieńka Sobieska a nawet sam Jan III Marysieńkowy. Horyniec zresztą był wtedy nie na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej, tylko niemal w jej centrum.

A w lasach tuż obok Horyńca jest miejsce, które mnie niezwykle zafrapowało. Nazywane przez niektórych Świątynią Słońca... a przez innych zespołem głazów narzutowych. Bardzo niewiele można na ten temat znaleźć informacji. Na starych, bardzo starych mapach pobliskie lasy bywały nazywane "Pod Swarzychą". Zaś Swaróg był jednym z ważniejszych słowiańskich bogów. Za jego symbol uważano koło z 8 lub 6 szprychami ,,symbolizujące płonący kołowrót czyli... słońce. Może zatem coś jest na rzeczy.

Więc jak już wylądowałem u przyjaciół w Horyńcu, to nieśmiało zaproponowałem:

- Hmmm. Pokażcie mi gdzie to jest?

I pojechaliśmy. Droga wiła się malowniczo przez pola, poznaczone tu i ówdzie kapliczkami. Na miejscu zastaliśmy nawet mały parking. Odchodziła od niego wąska dróżka i biegła w las. Po kilku minutach byliśmy na miejscu - na szczycie zalesionego dziś wzgórza. Między drzewami, na środku niewielkiej polany, leżał sobie charakterystyczny, znany mi dobrze ze zdjęć, dziurawy głaz. Mocno pochylony i wyglądający jak fotel czy tron. Obok dwie tablice informacyjne. Wyraźnie konkurencyjne. Jedna mówiąca o starożytnej Świątyni Słońca, druga o naturalnej formacji głazów narzutowych. Obchodząc całe wzgórze, znalazłem jeszcze kilka mniejszych kamieni.




Miejsce miało niesamowity klimat. Jakoś tak odruchowo, rozmawiając, ściszałem głos. Oglądałem wszystko uważnie, szukając jakiegoś pomysłu na skomponowanie fotografii a potem rozstawiłem swój sprzęt i wziąłem się za pracę. Było już późne popołudnie i słońce pięknie przesiewało się przez liście.




Skończyłem już praktycznie, gdy usłyszałem głosy - ktoś nadchodził ścieżką. Kilkoro turystów prowadzonych przez starszą kobietę. Wiem, że to nieładnie podsłuchiwać ale nadstawiłem uszu. Zaciekawiony jej opowieścią, włączyłem się do rozmowy.

 - Tak - opowiadała - kiedyś tych głazów było znacznie więcej. Niedawno, jakieś 30 - 40 lat temu. Tu dookoła było całe koło z kamieni. A od tego wielkiego, biegły kolejne linie jakby szprychy w tym kole. Część zniszczono w czasie wyrębu lasu. Ciężkie maszyny tędy jeździły. Chyba w latach siedemdziesiątych. Nie pamiętam już dokładnie...

Zamyśla się na chwilę.

- Panie, tu takie wielkie drzewa rosły... - wspomina coś sprzed parudziesięciu lat. Po chwili dodaje.

- A resztę to panie ludzie rozciągnęli. Jeden z kamieni to nawet stoi w ogródku u... - tu zatrzymuje się na chwilę i macha ręką - no ważny kiedyś był. I nawet się z tym nie kryje. Opowiada z dumą, że ma pod domem kamień ze Świątyni Słońca...

Zamyśliła się znowu. Potem dodała:

- Tak, tak...kiedyś to inaczej wyglądało. Jak ja młoda byłam, to tu przychodziłam często. Mieszkałam niedaleko.



No tak. Chciałem coś jeszcze napisać na zakończenie, skomentować dosadnie. Ale jakoś mi zabrakło słów.
I tylko tak mi przemknęło przez głowę. Dobrze, że Stonehenge jest w Anglii. Gdyby było u nas, też pewnie byśmy je rozebrali.



Niewiele zostało z kamieni tworzących niegdyś koło, ze szprych nie zostało nic... 

...dobrze, że chociaż ten głaz pozostał na swoim miejscu.





wtorek, 16 maja 2017

Ropucha w moro






Określenie: "ty ropucho" ma być w swym założeniu obraźliwe. Ale jak przyglądam się tym zwierzętom z bliska, zastanawiam się jaka to niby obraza. Zwłaszcza w przypadku ropuchy zielonej.
Proszę się zresztą przyjrzeć. Żółto - zielone cętkowane ubarwienie. Tu i ówdzie czerwonawe kropeczki. Zielonozłote oczy...

Ciekawe jest pochodzenie łacińskiej nazwy ropuchy. Karol Linneusz, który opracował zasady naukowego nazewnictwa organizmów i opisał je w dziele Systema Naturae, nie podzielał mojej sympatii do ropuch. Ba... wręcz uważał je za wyjątkowo obrzydliwe. Mimo wielu zalet, był człowiekiem nie znoszącym jakiejkolwiek krytyki i odgrywał się na swoich oponentach w wyrafinowany sposób. Nazwę ropuchy ponoć miał wyprowadzić od nazwiska francuskiego przyrodnika Georgesa Buffona, który czymś mu okrutnie podpadł. Choć z drugiej strony chyba to tylko barwna legenda, bowiem słowo "bufo", oznaczające ropuchę, znane było już w klasycznej łacinie.

Co się zresztą dziwić Linneuszowi. Sam Michał Anioł w swoim wielkim fresku "Sąd Ostateczny" na samym dnie piekła umieścił podobiznę nielubianego i aroganckiego papieskiego zarządcy Biagio da Cesneny.

Podobno ówczesny papież na gwałtowny protest da Ceseny odpowiedział:

- Mój synu, Wszechmocny dał mi władze nad niebem i ziemią, ale jeśli chcesz wydostać się z piekieł, musisz porozmawiać z Michałem Aniołem.

A obecnie systematycy uznali, że ropucha zielona należy do rodzaju Bufotes a nie Bufo. Do tego drugiego należy tylko ropucha szara. Zaś trzeci gatunek ropuchy, jaki czasem możemy spotkać w Polsce - ropucha paskówka, należy do jeszcze innego rodzaju Epidalea. Życie komplikuje się coraz bardziej.








Ropuchy zielone, podobnie jak wszystkie ropuchy, wchodzą do wody praktycznie tyko w okresie godowym. Lubią gdy woda jest niezbyt głęboka. Omijają tę głębszą niż po nasze kolana.

Głos ropuch zielonych w ogóle nie przypomina rechotania czy kumkania. Niektórzy uważają go za najpiękniejszy wśród naszych płazów i porównują z trelem kanarka. 

Oczy ropuchy zielonej są przepiękne...

... lśnią złotozielonym żyłkowaniem. 

Ropuchy w razie potrzeby potrafią skakać ale najchętniej po prostu biegają. Kilka razy dałem się nabrać. Przebiegająca przez drogę mysz okazała się być ropuchą! 

Jest wyjątkiem wśród płazów. Podobnie jak i inne ropuchy lubi silnie nasłonecznione miejsca. Spotykano ją nawet, oczywiście nie w Polsce, na terenach pustynnych. Dobrze znosi suszę, szkodliwa dla niej jest dopiero utrata połowy wody zawartej w ciele. Dla porównania, dla człowieka bardzo niebezpieczna dla zdrowia może być utrata zaledwie 10 % wody. 

Kiedyś była pospolita. Pond 20 lat temu widziałem setki jeśli nie tysiące kijanek i maleńkich ropuszek w stawach w Ogrodzie Saskim w Warszawie. W samym centrum miasta! Ukrywały się w pęknięciach betonowych opasek na brzegach. Dziś, jak większość płazów, jest coraz rzadsza. Podobno w ciągu ostatnich lat wyginęło ich około 80 %. Tak obrazowo mówiąc - z każdej setki ropuch czy żab - zostało dziś 20 sztuk...




piątek, 28 kwietnia 2017

Totalne zaropuszenie




Zbiorowisko ropuch, odległe od domu zaledwie o kilkanaście minut spaceru, wypatrzył Krzyś. Włóczył się po pobliskim lesie. Zrobił zdjęcia, nakręcił nawet krótki film swoim aparatem a potem przybiegł do domu krzycząc radośnie z daleka.

- Taaaataaaa... rooopuuuchyy.... Całe stada ropuch obok miejsca, gdzie były przebiśniegi. Zobacz mam nawet na filmie...!

Niestety było już na tyle późno, że wyprawę na ropuchy trzeba było przełożyć na kolejny dzień.

Z samego rana następnego dnia ruszyłem zaopatrzony w sprzęt i wodery. Krzyś, dumny ze swego znaleziska, prowadził mnie leśnymi ścieżkami. Wszędzie wkoło pełno zawilców, na drzewach śpiewały sikory i zięby. Z daleka trąbiły żurawie.

Doszliśmy do niewielkiej rzeczułki. A właściwie kanału, który kiedyś był płynącą przez las rzeczułką. Ropuchy cały czas były... i to w ilościach hurtowych. Na niewielkim obszarze pływało ich, łaziło po dnie, łypało na nas złotymi oczami... przynajmniej kilkadziesiąt. Dawno nie widziałem tylu ropuch w jednym miejscu.
Pozostało zakasać rękawy, wciągnąć na nogi wodery i wziąć się za robotę.




Wszystkie gatunki ropuch, podobnie jak i żaby, grzebiuszki, kumaki oraz inne takie stwory, mają przepiękne oczy. 
Zaraz za oczami widać u ropuch wielkie gruczoły jadowe. Podobne, tylko znacznie mniejsze, znajdują się na grzbiecie. Jad naszych ropuch powoduje senność i zaburza pracę serca. Ale żeby był dla człowieka naprawdę niebezpieczny, musielibyśmy jednocześnie podać jad wyizolowany z co najmniej 10 dużych osobników. I to podskórnie, bo w przypadku zjedzenia, działanie byłoby znacznie słabsze. 
Nawet jeśli pies, lis czy wilk weźmie taką ropuchę w zęby; skończy się wypluciu, pieczeniu w język i ślinotoku. 


Ropuchy do wody wchodzą tylko by odbyć gody. Resztę roku spędzają na lądzie. Jak na płazy są stosunkowo odporne na brak wody. Lubią wilgotne lasy, sady, uprawne pola. 




Samce ropuch szarych nie mają rezonatorów więc odzywają się bardzo cicho. I rzadko. Ich delikatne jakby poszczekiwanie słyszalne jest zaledwie na kilka metrów.
Trudno jest na pierwszy rzut oka rozróżnić płeć. Samice są zazwyczaj większe. Zresztą w ogóle ropuchy szare są najbardziej okazałymi płazami w Polsce. Znajdowano okazy mające około 20 centymetrów! Czyli będące wielkości małego talerzyka!

Kiedyś taka ropucha, mająca ponad 10 centymetrów, mieszkała u mnie pod schodami. Nocą wychodziła i siadała na wycieraczce, nie przejmując się zupełnie chodzącymi ludźmi, psami czy kotami. W świetle lampy polowała na rozmaite owady. O jej historii można poczytać sobie TU


Większość ropuszych zalotów i składanie jaj - zwanych w tym przypadku skrzekiem, odbywa się pod wodą. 


Czasem tylko ropuchy wystawiają nad wodę łebki. Skrzek ropuch jest bardzo charakterystyczny. Tworzy długie sznury wyglądające jak czarne galaretowate korale. Potrafią mieć one nawet kilka metrów długości. 
Składanie takiego skrzeku może trwać nawet wiele godzin. Samiec i samica powoli wędrują przy dnie, zaczepiając jejeczny sznur o kolejne rośliny.




Czasem ropuchowi panowie są tak zacietrzewieni, ...


...że łapią w kilku jedną samicę. Ba... zdarzają się nawet pomyłki. Mam w swoim archiwum zdjęcia, gdzie samiec ropuchy szarej trzyma z uporem... samca żaby zielonej!

Można je obejrzeć TU


Ja fotografowałem ropuchy, Krzyś fotografował mnie.




















poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Kwiecień plecień...





Poranny rzut oka za okno przywołał zimowe wspomnienia. Wszystko skrzyło się w promieniach wschodzącego słońca. "Siwy mróz" mówią w moich okolicach. Faktycznie. Jak okiem sięgnąć łąki nie były zielone jak o tej porze roku tylko jakby posiwiałe. Szyby samochodów zamarznięte. Na kałużach - lód...

Złapałem sprzęt i wyskoczyłem z domu. Zmarznięta trawa chrzęściła mi pod nogami. Gdzie by tu skierować swoje kroki? Wiem! Na pobliskich podmokłych łąkach, tuż za moim płotem kwitną kaczeńce. Jeszce tylko kalosze, bo pewnie trzeba będzie wejść do wody.

Faktycznie... nawet więcej niż wejść. Po chwili miałem mokre kolana, łokcie i wodę w kaloszach. Lany poniedziałek załatwiłem sobie sam...






Musiałem się spieszyć, bo tam gdzie sięgnęło słońce, lód szybko topniał. Po ósmej było już po przymrozkowym przedstawieniu.

Dostało się też rzeżusze. Całe jej łany, rosnące w suchszych miejscach, pokryte były lodowymi igiełkami. Ciężar tych igiełek musiał być niemały, bo wszystkie roślinki, zazwyczaj dumnie wyprostowane, były aż przygięte do ziemi. 




niedziela, 16 kwietnia 2017

Bardzo Palmowa Niedziela




W Palmową Niedzielę postanowiliśmy wybrać się na... Kurpie. Do Łysych - wsi położonej na północnym skraju mazowieckiego województwa. Dlaczego akurat tam? Miejscowość od lat słynie z konkursów na najpiękniejsza palmę wielkanocną. A palmy są tu wyjątkowe, potrafią mieć kilka metrów wysokości i ważyć po dobrych kilka kilogramów. Żeby przejść z nimi przez drzwi kościoła, trzeba je pochylić i nieść w kilka osób.

Podobne można spotkać w Polsce zaledwie w kilku miejscach. Między innymi w Lipnicy Murowanej niedaleko Krakowa.

To nie była nasza pierwsza wizyta w Łysych. Byliśmy tu kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Ostatni raz odwiedziliśmy Łyse osiem lat temu.
Byłem ciekaw co się przez te lata zmieniło.

Wyjechaliśmy o świtaniu. W końcu przed nami prawie cztery godziny drogi. Dzień zaczął się pięknie. Delikatne słońce przeświecało przez poranne mgły. Niestety, już za granicami Warszawy zachmurzyło się i zaczął siąpić drobny deszczyk.
I tak już było po końca. Łyse przywitało nas szarówką i siąpiącym co pewien czas deszczykiem.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to wielkie tłumy ludzi. Chodzących we wszystkie możliwe strony. Z palmami, balonami, plastikowymi karabinami, cukrową watą, piwem w plastikowych kubkach i tysiącami innych rzeczy...

Po drugie było znacznie więcej straganów. Między straganami przewijało się mnóstwo ludzi. Trudno było przejść czy cokolwiek spokojnie obejrzeć. Tylko... niestety były to inne stragany niż kiedyś. Zamiast ludowych twórców było... jedzenie. Tony jedzenia! Swojskie kiełbasy, swojskie pieczywo, swojski bimberek, swojskie nalewki, swojskie wypieki, swojski bigos, kaszaneczka, kiszone ogórki, specjalne myjki do okien, nożyki do warzyw... uff!
Ja wiem. Straganowy rynek odpowiada na potrzeby gości. Ale wiele się nachodziliśmy, by znaleźć kilka straganów ludowych twórców. Kiedyś można było kupić pisanki rozmaite, koszyczki, ręcznie robione serwetki, rzeźby małe i duże, ręcznej roboty drewniane łyżki, krajki, serwetki, wyszywane obrusy. Dziś jakoś smutno nam się zrobiło, bo było tego rodzimego folkloru bardzo niewiele. Cóż, świat się zmienia. Czy tego chcemy czy nie...

Na plus należy dodać, że pojawiła się scena na której prezentowały się okoliczne ludowe zespoły.
Oraz to, że nie zauważyłem wplecionych w palmy chronionych widłaków, jak bywało wcześniej wielokrotnie. Ale palm było mniej i były mniejsze niż kiedyś. Z ciekawości po powrocie do domu obejrzałem archiwalne zdjęcia.



Tradycja wicia wielkich palm jest w okolicy bardzo stara. Jeszce w okresie międzywojennym można było je oglądać w wielu okolicznych gminach: Kadzidle, Myszyńcu, Zalasie, Baranowie czy Lipnikach.

Po II wojnie światowej zwyczaj powoli zaczął zanikać. W końcu przetrwał tylko w parafii w Łysych i Lipnikach. Wtedy w latach sześćdziesiątych postanowiono organizować konkursy na najładniejszą palmę. Z roku na rok cieszyły się one coraz to większym zainteresowaniem. Dziś zjeżdżają tu goście niemal z całej Polski. 


Zdjęcia robili wszyscy. Nie zwracając uwagi na innych. Z taką sytuacją spotkałem się wielokrotnie. Podnoszę aparat do oka, kadruję a tu nagle widzę w obiektywie telefon. Jedynie kilku zawodowych fotografów zachowywało się inaczej. Starali się jak najmniej sobie przeszkadzać. Przesuwali się bądź kucali, by umożliwić zrobienie zdjęcia koledze. I nikt nie wchodził niespodzianie komuś przed obiektyw. 

Wielkanocne palmy i zupełnie niewielkanocna Myszka Miki. Ja wiem, że tuż obok kościoła jest masa straganów z dobrem wszelakim - biznes to biznes. Ale taki widok zawsze wywołuje we mnie pewien dysonans. 


W oczekiwaniu na procesję 
Doczekałem się... Zostałem poświęcony - ja i mój aparat.

Ludzi było tyle, że procesja wręcz musiała torować sobie drogę.



Po procesji - część rozrywkowa. Służby porządkowe próbowały grajka przegnać ale wobec jego humoru oraz celnych i nieco kąśliwych komentarzy, były trochę bezradna i po paru próbach, dały spokój. 









A oto relacja Krzysia i Misia Detektywa:

Miś Detektyw      Kliknij tu